fbpx
Shopping Cart

Życie to jest teatr – akt I – wrzuć na luz, czyli nie traktuj wszystkiego tak bardzo poważnie

Autor: Marek Zabiciel

Dzwoniący do drzwi dzwonek oznajmił przybycie gościa. Bill gwałtownie wyskoczył z łazienki w samych slipach i z na wpół ogoloną twarzą, krzycząc:

– Już otwieram!

Kiedy otworzył drzwi, ujrzał w nich swojego kolegę.

– No co ty, zwariowałeś?! Jeszcze nie jesteś gotowy? Szwedzi będą na lotnisku za czterdzieści minut. Pospiesz się, bo jak nie zdążymy, szef urwie nam głowę! – wykrzyczał swój przekaz Skip i wszedł do środka.

– Nie wrzeszcz tak, za pięć minut będę gotowy – rzucił Bill, kierując się z powrotem do łazienki.

Skip wszedł do salonu umieszczonego na piątym piętrze apartamentowca i zaczął oglądać poustawiane na meblach przedmioty. Kiedy doszedł wzrokiem do ściany, ujrzał portret żony Billa, Doris.

– Hej, Bill, kto namalował ten portret Doris? Jest piękny.

– Bo Doris jest piękna – odpowiedział Bill, wychylając się z łazienki i właściwie w tej samej chwili jego twarz z uśmiechniętej przeszła w przerażoną.

– O rany! Skip, do której dzisiaj będą u nas ci Szwedzi?

– Do piątej, a co?

– Cholera jasna. Obiecałem Doris, że o czwartej zabiorę ją do Muzeum na bulwarze.

– No to przełożysz wyjście.

– Stary, nie mogę, przekładałem to już cztery razy. Jak dzisiaj nie pójdziemy, to Doris się wścieknie. Poza tym dzisiaj jest ostatni dzień wystawy.

– No ale jak powiesz staremu o tym, że chcesz się wcześniej urwać, to się wścieknie jeszcze bardziej niż Doris.

„No to Doris się na pewno wścieknie” – pomyślał Bill, zakładając krawat. Po chwili wszedł do salonu i powiedział do Skipa:

– Możemy już iść.

Całą drogę na lotnisko Bill myślał o tym, jak przekonać Doris, że odłożenie wyjścia na wystawę to nie jego wina.

Samolot ze Szwedami przyleciał punktualnie. Bill i Skip dotarli do punktu, w którym mieli pojawić się ich goście, pięć minutprzed czasem. Skip wyjął z czworokątnej torby planszę z napisem Mr. Jörgensen i podał ją Billowi.

– Stań tu i poczekaj na nich, ja muszę do toalety – powiedział, po czym wsunął tabliczkę w ręce kolegi i pospiesznie odszedł w stronę toalet.

„Wyglądam jak ten palant, stojąc tu z tą tabliczką” – pomyślał Bill, ale że wyjścia specjalnie nie miał, stał i czekał „jak palant” na Szwedów.

Kolejne godziny były w życiu Billa nie takie, jak chciałby ich posiadacz. Opuszczając parking lotniska, Bill wyjeżdżał tak szybko, że ledwo zdążył wyhamować, kiedy na drogę nagle wybiegł bezpański kot. Hamowanie było tak nagłe, że siedzący z tyłu Szwed mało nie wybił sobie zębów, lądując niemalże na desce rozdzielczej przedniej części samochodu. Później był czterdziestominutowy korek, w którym ugrzęźli, bo Skip wymyślił, że będzie szybciej, jeśli pojadą Morning Road. Niestety nie było. Na spotkanie w siedzibie ich firmy przybyli spóźnieni, zdenerwowani, z uszkodzonym gościem, który nie omieszkał poskarżyć się szefowi Billa i Skipa i poinformować go, jak nieostrożni są jego podwładni. Kiedy godzinę po spotkaniu Bill wysłuchiwał ostrej reprymendy od swojego szefa, myślał tylko o jednym. Kiedy w końcu zatopi swoje smutki w kieliszku brandy. Doris, która usłyszała od niego w międzyczasie, że z wyjścia na wystawę znowu będą nici, tak huknęła słuchawką telefonu, że Bill myślał, że rozwaliła go w drobny mak. Oczywiście, kiedy próbował się do niej jeszcze raz dodzwonić, usłyszał jedynie, że abonent jest w tym momencie nieosiągalny, tak samo jak nieosiągalne było teraz to, aby Doris wybaczyła mu. Całe więc życie Billa o godzinie dziewiętnastej trzydzieści, kiedy przemierzał centrum miasta pieszo, było jedną wielką ruiną. Bolał go potwornie brzuch, dając do zrozumienia, że wrzody, które leczył pół roku temu, ponownie wkraczają w jego życie z impetem. Był zrozpaczony i nie widział drogi wyjścia. Jego wyobraźnia rozpoczęła, jak to często bywa w takich okolicznościach, „drogę przez mękę”. „Pewnie Doris mnie zostawi, przecież nie raz już mówiła, że jeśli wszystko inne będzie dla mnie ważniejsze niż ona, to nie będzie sensu się ze sobą męczyć. Jeszcze jeden taki numer, jak powiedział stary, i wylecę na zbity pysk bez pracy i perspektyw. Przyjazd Szwedów miał być zwieńczeniem kilku miesięcy negocjacji, a okazał się kompletną klapą. A na dodatek znowu brzuch mnie boli. Pewnie niedługo trafię do szpitala, tak jak pół roku temu” – myślał Bill, szykując sobie psychiczną szubienicę. I tak idąc, roztaczał przed sobą wizje katastrofy na każdym odcinku swego życia, aż dotarł na róg Downing i Yellow Street, gdzie znajdował się jego ulubiony bar „Albatros”. I tam w samotności spędził dwie godziny, zalewając swoje wrzody podrzędną brandy. Kiedy wyszedł z baru, było już dosyć ciemno. Szedł wolno przez park zatopiony w swoich myślach o bezsensie życia. Wtem zobaczył przed sobą siedzącąna ławce postać. Był to bezdomny, którego często mijał, choć tak naprawdę nigdy nie zwracał na niego specjalnej uwagi. Tym razem jednak było inaczej. Kiedy chciał przejść obok stałego mieszkańca parku jak zwykle, ten podniósł swój wzrok spod kapelusza z szeroką obręczą, który wieńczył jego głowę, i zapytał.

– Masz może papierosa, przyjacielu?

Bill stanął, sięgnął do kieszeni, wyjmując z nich paczkę papierosów i wyciągnął je w stronę nieznajomego – znajomego. Tamten wyjął cztery sztuki i oddał Billowi resztę.

– Pozwolisz, że poczęstuję się tak, by mi starczyło na potem? –

Jasne, jasne… – odburknął Bill.

Nie należał do osób chytrych, a to, że bezdomny wziął od niego nie jednego, ale cztery papierosy, sprawiło mu nawet przyjemność.

–Smutny pan zalewa smutki, bo jest smutno? – zagaił niby od niechcenia nieznajomy.

– No, kiedy wszystko jest bez sensu, to trzeba, bo inaczej można zwar… zwariować – zająknął się Bill, bo brandy zrobiła już swoje.

– A co takiego jest bez sensu?

– Całe moje życie – odparł smutno Bill i, nie wiadomo czemu, usiadł na ławce obok bezdomnego.

– Ano tak czasem bywa, wiem coś o tym – odpowiedział nieznajomy i dodał wyciągając rękę. – Jestem Sam.

– Bill – odpowiedział, ściskając rękę już znajomego starszego jegomościa.

– A co tak naprawdę jest bez sensu w twoim życiu? – nawiązał po chwili milczenia Sam.

Bill nie był zbyt wylewny, jeśli chodzi o nieznajomych, ale brandy robiła krok po kroku swoje, więc za chwilę Sam znał całą historię jego życia ze szczególnym uwzględnieniem faktów, które miały miejsce tego dnia.

– Problemy! Kto ich nie ma? – rzucił, wysłuchawszy słów Billa, Sam.

– Współczuję ci, mój przyjacielu – ciągnął dalej. – Ale wydaje mi się, że niepotrzebnie wszystko, co cię spotyka, traktujesz tak bardzo poważnie.

– A jak mam traktować, niepoważnie?! – odparował trochę podirytowany Bill.

– Udzielać dobrych rad można, ale życie to nie jest teoria.

– To prawda, ale w niczym nie zmienia to faktu, że nie ma potrzeby traktować go zbyt poważnie, bo po prostu na to nie zasługuje.

– A co ty o tym wiesz, bezdomny Samie? – zapytał trochę niegrzecznie Bill.

– To prawda, że jestem bezdomny. Ale kiedyś nie byłem. To prawda, że dzisiaj nie mam żadnej rodziny, a właściwie ta, którą mam, nie chce się do mnie przyznać. To prawda, że dzisiaj nie zdobywam medali za ofiarność i odwagę, ratując ludzi z okopów i dzisiaj nie podpisuję wielomilionowych kontraktów. Ale wszystko to robiłem i to upoważnia mnie do tego, by powiedzieć tobie, Billu jakiś tam, że życie jest prostsze, niż nam się wydaje i nie wymaga od nas tego, byśmy wypruwali sobie flaki.

Bill zbaraniał. Nie oczekiwał takich słów, takiej przemowy, a już na pewno nie z ust nieznajomego bezdomnego człowieka, którego mijał codziennie, wracając z pracy do domu.

– Opowiedz mi o swoim życiu, proszę – spokojnym już tonem wyszeptał Bill.

I Sam zaczął swoją opowieść. Kiedy skończył, minęła północ. Bill już trochę wytrzeźwiał. Wracał do domu po rozstaniu z nowo poznanym człowiekiem i nie mógł się nadziwić, ile przygód, ile sytuacji, ile niepowodzeń, upokorzeń i sukcesów może spotkać jednego człowieka. Sytuacje, o jakich opowiadał mu Sam, opresje, z jakich wychodził, były wprost nie do uwierzenia. Ale nie to najbardziej wstrząsnęło Billem. To, co zrozumiał, to fakt, że jego problemy są niczym w porównaniu do tego, co przeżył Sam. I jeśli człowiek jest w stanie znieść i przetrwać takie sytuacje, jakich współtwórcą był ten bezdomny człowiek, który podzielił się z nim swoją historią, to znaczy, że wszystko w życiu może skończyć się dobrze, jeśli tylko nie damy się ponieść emocjom i niepotrzebnej powadze, graniczącej z dramatyzowaniem w chwilach trudnych. Z takimi myślami wrócił do domu. W drzwiach przywitała go Doris. Jakież było jego zdziwienie, kiedy zamiast oczekiwanej przez niego awantury jego dziewczyna przytuliła się do niego i zaczęła płakać, wyrażając troskę o to, że nie wracał tak długo do domu. Kiedy nazajutrz poszedł do biura i został wezwany do szefa, ten, zamiast udzielić mu kolejnej reprymendy, powiedział, że niepotrzebnie się na niego wczoraj złościł, bo „klapa ze Szwedami” nie była tak naprawdę jego winą. I choć może wydawać się to nieprawdopodobne, od tego dnia Bill nigdy więcej nie miał już problemów ze swoimi wrzodami.

Kiedy cztery lata później siedział z Doris na ławce w parku, a obok bawił się ich mały synek, jego żona zapytała go o tamten dzień, a właściwie o tamten wieczór.

– Bill, pamiętasz, jak kiedyś wróciłeś do domu tak późno, a ja czekałam na ciebie i zamiast zrobić ci awanturę, zaczęłam płakać?

– Pamiętam.

– Powiedz, co się wtedy stało, bo ja do dzisiaj nie mogę zrozumieć, co na ciebie tak wpłynęło, że od tego wieczoru stałeś się innym człowiekiem. Później rzuciłeś pracę, zaproponowałeś mi małżeństwo, dalej ta fantastyczna firma, którą założyłeś. Powiedz, co się wtedy stało?

– Otóż widzisz, Doris, w ten wieczór, kiedy wracałem z baru, spotkałem Anioła, który wytłumaczył mi, że życie jest cennei piękne, ale powiedział mi również, że nie należy wszystkiego traktować tak bardzo poważnie i wtedy żyje się lepiej.

– I co?

– I nic. Po prostu mu uwierzyłem.

Wiele twych problemów wynika z faktu, że żyjesz w ciągłym pośpiechu, przez co nie umiesz podjąć decyzji, co pociąga za sobą dalszy stres, powodując brak sił. Troszcz się więc o wypoczynek tak często jak to możliwe.

Nikolaus B.Enkelmann

—-

Artykuł pochodzi z ebooka „Życie to jest teatr„.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *